Bo czyż nie jest tak, że autor w jakiś sposób zawsze się uzewnętrznia? Nawet jeśli opisywany przez niego świat i opisywani przez niego ludzie są tylko wytworem jego wyobraźni, to przecież zawsze są jakimś przejawem jego życia wewnętrznego. Jego duszy. Istoty jego człowieczeństwa. Impulsami elektromagnetycznymi w jego mózgu. Między słowami kryje się ekshibicjonistycznie ujawniana prawda. Między jedną linijką a drugą. W pustej przestrzeni. Niedomówieniach.
Joanna Kotyńska

czwartek, 9 czerwca 2016

Be mine. Pull me in two. I will mold myself just for you.

Bogatym dzieciakiem nie można być ot tak. Życie elity ma swoje zasady i reguły, których trzeba bezwzględnie przestrzegać od najmłodszych lat.  Jeden zły ruch i wypadasz z gry, której twoi rodzice uczyli cię odkąd wydałeś pierwszy dźwięk przychodząc na świat. Są kierunki, w które możesz iść, a wręcz powinieneś oraz ścieżki, na które nie można wejść w żadnym wypadku. Jest pogarda, dużo pogardy. Dla tego plebsu, który pracuje na twoją fortunę, który sprząta twój kibel i robi wymyślne bezglutenowe obiady dla twojej mamy, która musi iść razem z trendem na bycie healthy. Jest pogarda dla ojca, którego nigdy nie ma w domu, jednak kiedy wraca z biznesowej podróży, musisz udawać, iż obdarzasz go głębokim respektem. Bunt? Jaki bunt? Niby przeciw czemu miałbyś się podburzać? Skórzanym butom za pięć tysięcy funtów? Wypchanemu po brzegi drogimi trunkami barkowi? Kieszonkowego, które przerasta wspólną pensję rodziców połowy uczniów? Nie ma buntu. Jest natomiast kurtka Givenchy za dwa tysiące, biała koszulka Alexandra McQueena za pięć stów i spodnie Valentino przerastające obie poprzednie ceny. Mówi się, iż pieniądze szczęścia nie dają; być może. Z pewnością jednak dają na tyle luksusu i wygody, że pragniesz kontynuować grę. Dlatego poniżasz gorszych od siebie, codziennie odwiedzasz siłownię by wyglądać jak model Calvina Kleina, palisz drogie papierosy i jesz wykwintne potrawy, nawet jeśli to tylko pora lunchu (kanapka? przereklamowane). Najlepsze w grze jest to, że nikogo nie obchodzi, iż cały czas udajesz, dopóki robisz to dobrze.



LANDON NATHANIEL CHEVRES
19 lat - drugie piętro w akademiku - syn wybitnego agenta nieruchomości i byłej modelki, a obecnie projektantki mody - doskonały w grze i udawaniu, iż bycie bogatym dzieciakiem to najlepsze doznanie w życiu - pan popularny - książki i notatniki odpowiednio ukryte



4 komentarze:

  1. Dublin City University był bez wątpienia najlepszą uczelnią wyższą w mieście, jeśli nie w całym kraju. Kształtował przyszłych lekarzy, prawników, psychologów, informatyków, nauczycieli i innych, zapewniając tysiącom młodym ludziom dobry start w przyszłość. Większą część śmietanki towarzyskiej stanowiły dzieci bogatych rodziców, którzy na swoje pociechy chuchali i dmuchali przez całe życie, niemal oddając pokłony i czcząc jak bożków. Rozpieszczone jedynaki z okazałych willi czy wystawnych apartamentów, gdzie miały osobną łazienkę, własny pokój rozmiarów większych, niż domy zwykłych śmiertelników oraz rząd opiekunek, kucharek i sprzątaczek, gotowych przybiec na jedno skinienie głowy. Niemal każdy zna chociaż jednego rozwydrzonego bachora, przekonanego o własnej wyższości i o tym, że cała sława, splendor i fanfary należą się właśnie jemu. Wychowywani w złotych klatkach, chodząc po puszystych dywanach, kroczą przez życie z wysoko uniesioną głową, depcząc innych, tak zwanych gorszych. Niewychowanych na cowieczornym jedzeniu kawioru, dostawaniu najnowszych modeli telefonów czy bywaniu w pierwszych rzędach na pokazach mody. Pod względem zawartości portfeli swoich studentów, Dublin City University przewyższało inne uczelnie, podobnie jak w wielu innych aspektach, co nie oznaczało, że szkoła nie przyjmowała nikogo z niższej półki. Mniej zamożni uczniowie byli jednak zjawiskiem rzadko spotykanym i albo przystosowywali się do reszty w ciągu pierwszego miesiąca, nie dając się rozpoznać albo nie wytrzymywali psychicznej presji i sami rezygnowali. Wbrew pozorom, poziom nauczania dorównywał całej reszcie, dlatego głównym warunkiem przyjęcia były albo znana rodzina albo stypendium, świadczące o ponadprzeciętnej inteligencji. To, czy komuś udawało się wytrzymać na uniwersytecie choćby pierwszy semestr ciężkiego zakuwania, to odrębna sprawa.
    Maisie Fitzgerald była wyjątkiem. Nie dała w łapę dyrektorowi, bo nie dysponowała pieniędzmi wystarczającymi nawet na kupno telefonu komórkowego ani nie miała absolutnie żadnych imponujących znajomości. Jej głównym zadaniem na pierwszy rok było stanie się niewidzialną i wmieszanie w tłum reszty studentów. Stała wśród kolorowych plam nieznajomych twarzy, ściskając w rękach torebkę kupioną na bazarze, w przedpotopowej spódnicy do połowy łydki i obszernym czarnym swetrze, zakrywającym każdą krągłość. Marzyła o tym, aby parkiet auli nagle zapadł się pod jej stopami i pociągnął w dół, w bliżej nieokreślone miejsce, byle nie tu. Jadąc zatłoczonym autobusem z drugiego końca miasta, zdawała sobie już sprawę, że chcąc nie chcąc przegapi pierwsze minuty apelu, ale w przeciwieństwie do reszty uczniów, nie podwoziło ją żadne BMW ani mercedes, dlatego miała jakieś usprawiedliwienie. Kiedy truchtała z przystanku w stronę uniwersytetu, wpadła w niewielką kałużę, brudząc sobie trampki, ale wzruszyła ramionami i biegła dalej. Pokonywała kolejne metry, aż wreszcie dotarła na miejsce, wciskając się do wejścia. Teraz nie rozumiała, po co się tak spieszyła, skoro apel był nudnym monologiem, którego treść znała z poprzednich lat w szkole średniej. Rozpisane zajęcia na cały tydzień i tak każdy dostawał osobno, dlatego Maisie stwierdziła, że nic się nie stanie, jeśli chyłkiem wycofa się w stronę wyjścia, by odetchnąć świeżym powietrzem. Opuściła aulę, rozbrzmiewającą monotonnym głosem mężczyzny przy mównicy i szła z głową spuszczoną w dół, pochłonięta własnymi myślami. Pójdę tylko do toalety i wrócę, mówiła sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozmyślanie przerwało jej dotkliwe zderzenie z czymś twardym. Najpierw wydawało jej się, że wpadła na ścianę, ale kiedy podniosła oczy, zrozumiała, że to tors jakiegoś chłopaka. Zadarła głowę do góry, już otwierając usta, aby go przeprosić, ale znieruchomiała, poznając twarz. Jego nazwisko pojawiało się na ustach matki Maisie, ponieważ to jego ojciec zatrudniał kobietę jako sprzątaczkę biur, będąc wyjątkowym palantem, zapatrzonym w samego siebie. Dziewczyna była raz świadkiem kłótni starszego Chevresa z młodym, kiedy odwiedziła matkę w pracy. Miała fotograficzną pamięć do twarzy, więc zamiast skojarzyć chłopaka jako rozpieszczonego bogacza, przypomniała sobie tamtą chwilę, kiedy z zacięciem podnosił głos, wściekły na ojca. „Nie chcę być taki jak ty”. Wypowiedział to tak cicho, że oddalający się mężczyzna już go nie usłyszał, ale stojąca nieopodal Maisie, owszem. Czekała na matkę niedaleko wind i nie miała wątpliwości, że chłopak nawet nie zarejestrował jej obecności, kiedy wcisnął guzik i zniknął w jednej z nich. Wiedziała, że gdyby teraz nie wpadła prosto w niego, również nie zauważyłby, że istnieje. Miała rzadki przywilej bycia zawsze z tyłu, nawet gdy stała w pierwszym rzędzie. Jej starania zostawały docenione.
      Kiedy nie istniejesz, nie można cię zranić.

      MAISIE

      Usuń
  2. Dla kogoś, kto żył w najnędzniejszej dzielnicy miasta, wykształcenie było sprawą priorytetową. Aby cokolwiek osiągnąć w życiu, Maisie musiała zacisnąć zęby i piąć się po kolejnych szczeblach, bez względu na piekło w domu i poza nim. Wszystko, co miała, zafundowała sobie sama – własną ciężką pracą, brakiem wolnego czasu, poświęceniem i spędzaniem nad książkami większości chwil. Nauka nie przychodziła jej łatwo, nie była urodzonym geniuszem i dla osiągnięcia najwyższych stopni nieraz rezygnowała ze snu, spotkań z kimkolwiek, zwyczajnych czynności, które ludzie robią, kiedy chcą się odstresować i uprzyjemnić sobie życie. Nie robiła tego dla pochwał, podziwu, rodziców czy nauczycieli, miała jeden podstawowy cel, któremu wszystko podporządkowała. Jedno, konkretne marzenie, spędzające sen z powiek. Oddychała dzięki niemu, uczyła się dla niego, liczył się wyłącznie on. Przeskakiwała kolejne klasy z najlepszymi wynikami i wyróżnieniem, kilkoma nagrodami, co roku brała udział w konkursach i zajmowała wysokie miejsca. Zdanie rówieśników, którzy patrzyli na nią jak na wariatkę, nie miało znaczenia. Pragnienie wolności i wyzwolenia się spod terroru ojca było najsilniejszym bodźcem, pchającym Maisie do działania. Zdawała się nie słyszeć kpin, obelg, śmiechów, nie widziała niezrozumienia innych nastolatków ani tego, że spychano ją poza grupę. Nie chciano jej. Tyle że alienacja dla kogoś, kto desperacko pragnął wreszcie normalnego życia z dala od wszystkiego, czego zaznawał od dnia narodzin to tylko kolejny podrzucony kamień, trudność, którą pokonywała z zaciśniętymi do bólu zębami. Miała w sobie coś walecznego, nie poddawała się bez względu na to, ile razy musiała upaść – podnosiła się i szła dalej.
    Miejsce, w którym się znalazła, utwierdziło Maisie w przekonaniu, że było warto. Kiedy dowiedziała się o przyjęciu na Dublin City University, płakała i śmiała się jednocześnie. Nie wierzyła we własne szczęście, ale prawda była taka, że to nie zasługa przypadku, losu ani Boga, a wyłącznie samej Maisie. Gdyby nie to, że przez tyle lat edukacji dawała z siebie sto procent, nie byłoby jej tam. Gdyby nie to, że stała się głucha na komentarze matki: „i tak nie dasz rady”, nie stałaby tam, gdzie stała. Gdyby nie to, że nie dała się zepchnąć na dno i nie pozwoliła wmówić sobie, że do niczego się nie nadaje, pewnie nawet nie kontynuowałaby edukacji po szkole średniej. Może nie uczyłaby się w ogóle, kończąc na ulicy jako prostytutka albo w jakimś podrzędnym barze na zmywaku, bez aspiracji na cokolwiek więcej, bez możliwości, bez nadziei. Co z tego, że nie pasowała do reszty studentów, bogaczy o portfelach wypełnionych banknotami, wydawanymi na alkohol, markowe ubrania i samochody? Miała swój własny pokój w bursie, zapewnione trzy posiłki dziennie i spokój, o czym wcześniej nawet nie mogła pomarzyć. Gdyby nie młodsze rodzeństwo, nie wracałaby do domu nawet na weekend, ale kochała te trzy małe istotki bardziej, niż dało się wyrazić słowami. Jedyne, czego się bała to tego, co stanie się z Evie, Maxem i Libby, kiedy nie będzie jej przy nich.
    — W porządku, ja ciebie też nie — odpowiedziała, nie przejmując się taksującym wzrokiem chłopaka. Nie pierwszy raz ktoś oceniał najpierw wygląd zewnętrzny Maisie, a potem ją samą. Właściwie... tylko wygląd. Mało kto zostawał na tyle długo i był na tyle wytrwały, aby poznać charakter dziewczyny, jej zainteresowania, pasje, zdanie na różne tematy. Miała na czole naklejkę z napisem „dziwaczka”, a dodatkowo była biedna; już to stanowiło wystarczający argument przeciwko trzymaniu z kimś takim. Czy obraz nędzy i rozpaczy może kryć w sobie coś ciekawego? Raczej nie. — Aula jest w tamtą stronę. — Wskazała ręką za siebie, choć przecież nawet o to nie pytał. Może chciała się pozbyć jego towarzystwa, a może po prostu chciała być pomocna. W przeciwieństwie do młodego Chevresa, nie oceniała książek po okładce, a ludzi po wyglądzie. Nie przejmowała się opinią, jaką mieli i puszczała mimo uszu negatywne komentarze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla niej każdy był czystą kartą, którą mogła zapisać dopiero po dogłębnym poznaniu, a o nim nie wiedziała praktycznie nic.

      MAISIE

      Usuń