Bo czyż nie jest tak, że autor w jakiś sposób zawsze się uzewnętrznia? Nawet jeśli opisywany przez niego świat i opisywani przez niego ludzie są tylko wytworem jego wyobraźni, to przecież zawsze są jakimś przejawem jego życia wewnętrznego. Jego duszy. Istoty jego człowieczeństwa. Impulsami elektromagnetycznymi w jego mózgu. Między słowami kryje się ekshibicjonistycznie ujawniana prawda. Między jedną linijką a drugą. W pustej przestrzeni. Niedomówieniach.
Joanna Kotyńska

piątek, 10 czerwca 2016

"Miała swój świat. Czytała, czytała, czytała. Zachwycała się zdaniami, i słowami. Wzruszała wierszami. Rozumiała, co czyta. Świat był taki, jakim go czytała. Ludzie byli tacy, jakimi ich sobie idealizowała. Kochała, kochała, kochała. Pisała listy, nie spała, czasem cierpiała, żyła w uniesieniu. Nie zastanawiała się, ile kosztuje mleko i dlaczego drabiny straży pożarnej sięgają tylko do ósmego piętra (…) Pracowała. Żyła. Nie wiedziała nigdy dokładnie, jaka jest data i która godzina. Żyła.”
maisie fitzgerald
19 LAT — STUDENTKA
uczennica pierwszego roku Dublin City University na kierunku Faculty of Humanities & Social Sciences — zamieszkująca pokój na pierwszym piętrze kampusu — najstarsza córka bezrobotnego alkoholika i sprzątaczki — wychowana w slumsach Dublina —  nie wie, co to conversy, nigdy nie miała w rękach iPhone'a, a wszystkie ubrania kupuje z drugiej ręki
Zamknięta w świecie liter, chowasz się za murem ze słów.  To jedyne znane ci bezpieczne miejsce, w którym choć przez chwilę możesz być kimś innym. Jesteś tak szara, że prawie niewidzialna. Przenikasz przez ściany, wtapiasz się w tło jak kameleon, będąc świadomą, że tylko nierzucanie się w oczy gwarantuje przetrwanie. Nachylona nad swoim nieodłącznym towarzyszem — jedną ze starych, podniszczonych książek, znikasz dla świata. Chociaż bardzo chciałabyś wyparować naprawdę, nic takiego się nie dzieje. Są oczy, których spojrzenia przyciągasz mimo starannych wysiłków robienia czegoś odwrotnego. Kpiąco lustrujące od stóp do głów, oceniające, liczące wartość, kalkulujące wynik poniżej zera. W swoim czarnym golfie, długiej spódnicy i trampkach z second handu dla większości otaczających osób jesteś zerem, które łatwo można wymazać gumką i o nim zapomnieć. Albo zgnoić, tak po prostu, dla zabawy, bo nic tak nie wywołuje ludzkiej niechęci i odrzucenia, jak odmienność. Jesteś definicją tego słowa, choć nie zdajesz sobie sprawy ani z kpiących spojrzeń, rzucanych w porze lunchu, kiedy siedzisz zupełnie sama ani z ukrytych obelg, ani z tego, że z dnia na dzień stajesz się głównym pośmiewiskiem studenckiej elity.

4 komentarze:

  1. W pierwszym dniu szkoły średniej Landon Nathaniel Chevres doskonale wiedział na jakim uniwersytecie wyląduje i ani trochę się nie pomylił. Dublin City University było jedną z najbardziej wybitnych szkół wyższych w kraju i wszystkie pieniądze spędzone na dodatkowe zajęcia miały jeden cel – doprowadzenie chłopaka właśnie do tej placówki. Oczywiście, nawet jeśli jedyny syn państwa Chevres nie miałby znakomitych wyników w nauce, miejsce w DCU miał i tak zapewnione. Dyrektor uniwersytetu był żądny pieniędzy, jako że one pozwalały mu na ciągły rozwój i unowocześnianie szkoły, dlatego też każdy uczeń z wypchanym portfelem był tam mile widziany. Rodzice jednak postarali się, by pozycję Landona w nowej szkole określały nie tylko pieniądze, ale także wysokie oceny. Nie było więc mowy o innym uniwersytecie i młody Irlandczyk nie miał za wiele w tej kwestii do gadania. Na szczęście nie był głupi i zdawał sobie sprawę, iż to dobry wybór, dlatego nawet nie wdawał się w jakąkolwiek dyskusję z rodzicami. Jego jedynym warunkiem było pozostanie w akademiku, który mieścił się tuż przy szkole. Chociaż teoretycznie miał własny samochód i mógł dojeżdżać codziennie z domu na uniwersytet, zdecydował się spędzić te lata niczym przeciętny student. Po wielu rozmowach rodzice przystali na to, stwierdzając, iż powinno to nauczyć Landona samodzielności. Fakt, że drugie piętro bursy pełne było sprzątaczek, kucharek i innego rodzaju służby, która wyręczała bogate dzieciaki we wszystkich pracach domowych, wydawał się nie istnieć.
    Stał w korku od trzydziestu minut i przeklinał siarczyście pod nosem. Miał wyjechać o wiele wcześniej, jednak jego mamie wzięło się na sentymenty i przez co najmniej kwadrans musiał wysłuchiwać jej kazania. Mimo, iż wszystkie pudła zostały już wysłane do akademika parę dni wcześniej, a ostatnie rzeczy spakował do samochodu wczoraj wieczorem, jego rodzicielce udało się znaleźć jeszcze milion rzeczy które powinien był ze sobą zabrać. Nie docierało do niej, że kuchnia i łazienka jest doskonale wyposażona, a i w sypialni mu niczego nie brakowało. Najśmieszniejsze było to, że nie przeprowadzał się na koniec świata, a jedynie na drugi koniec miasta. Dzieliło ich jedynie jakieś trzy godziny samochodem, nie licząc korków jakie mogły nastąpić w trakcie jazdy. Landon pogłośnił muzykę, przeczesując włosy smukłymi palcami. Niespecjalnie przejmował się spóźnieniem, w końcu na apelu i tak nikt nie liczył obecności, a dodatkowo był pewien, że monolog dyrektora niewiele się różni o tych, które wypowiadali nauczyciele w szkole średniej. O parking także nie musiał się martwić, jako że jego kochany ojczulek wykupił mu miejsce tuż przy akademiku. Jedyne do czego się spieszył to do imprezy, która miała mieć miejsce zaraz po inauguracji. Chciał jeszcze skoczyć na siłownię przed zabawą, a stanie w niemiłosiernym korku tylko psuło mu cały plan. Na szczęście samochody przed nim wreszcie ruszyły, a on zajechał pod budynek szkoły piętnaście minut później.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wysiadł ze swojego czarnego Astona Martina, który wyróżniał się swoją matową karoserią nawet na tle innych drogich samochodów. Przeszedł szybko przez główny hall, zmierzając w stronę mniejszej sali gdzie odbywały się wszystkie oficjalne spotkania. Był w trakcie odpisywania Trace’owi, który wysłał mu co najmniej pięć wiadomości z pytaniem, gdzie się podziewa, kiedy poczuł uderzenie. Zachwiał się lekko, dopiero po chwili rozumiejąc co się właśnie stało. Dziewczyna, sięgająca mu ledwie do podbródka, odbiła się od jego torsu, ledwo utrzymując równowagę. Landon zmrużył oczy, przyglądając się jej dokładnie i lustrując wzrokiem całą jej sylwetkę. Jej twarz wydawała się znajoma i dopiero po paru długich sekundach dotarło do niego, że jest to przecież córka sprzątaczki, którą zatrudniał jej ojciec. Widział ją raz, może dwa, jednak był typem osoby która raczej zapamiętywała twarze. Z resztą jej wygląd tylko upewnił go w przekonaniu, że ma rację. Długa spódnica, modna prawdopodobnie w okolicy lat dziewięćdziesiątych, rozciągnięty sweter i wybrudzone trampki mówiły bardzo dużo o jej pochodzeniu. Landon nie miał już żadnych wątpliwości co do jej tożsamości. Zanim jednak się odezwał, rozejrzał się ukradkowo, by upewnić się czy nie ma nigdzie w pobliżu jego znajomych. Pierwszy dzień i sprzymierzanie się z gorszymi od nich? Nie daliby mu za to żyć.
      - Wszystko w porządku? Nie zauważyłem cię – zapytał, wbijając w nią spojrzenie intensywnie zielonych oczu.

      Landon

      Usuń
  2. Na pierwszy rzut oka Landon niewiele różnił się od śmietanki rządzącej na uniwersytecie, czy w szkole średniej. Tak samo drogie ciuchy, zawsze idealnie ułożone włosy, perfekcyjnie zbudowane ciało i uśmiech gwiazdy filmowej. Wydawałoby się, iż każdy jego ruch jest wyćwiczony, każde jego słowo i emocja zaplanowane o wiele wcześniej. W grupie od zawsze był samcem alfa, to on rzucał najbardziej bezpośrednie i bezczelne słowa, to on miażdżył ludzi i zrównywał ich z błotem. To on był tym, który wykrzywiał usta w najbardziej podłym uśmiechu podczas obrzucania cię obelgami. Reszta była tylko widownią, śmiejącą się w tle i od czasu do czasu dorzucającą swoje trzy grosze. Młody Chevres został idealnie przystosowany do gry, której uczyli go rodzice od najmłodszych lat. Wiedział, że tylko w ten sposób można przeżyć w środowisku młodych i bogatych, tylko w ten sposób można osiągnąć sukces, o jakim od zawsze marzył. Nie mógł okazać słabości czy litości nawet na sekundę, gdyż to od razu wykluczyłoby go z grupy. W świecie biznesu zaś liczyły się znajomości, zwłaszcza te zawarte w młodości. Landon wiedział, iż musi je pielęgnować już teraz, by za kilka lat mógł z nich korzystać. Fakt, iż był praktycznie zupełnie inną osobą, kiedy siedział sam w pokoju, był nikomu nieznany. Czasem on sam nawet o tym zapominał, wczuwając się za bardzo w swoją rolę bogatego, rozpieszczonego dzieciaka. Łapał się na tym, iż nawet w samotności pozostaje tym Landonem, który ocenia i pluje jadem na każdego, gorszego w teorii od siebie. Jedyna myśl, którą się wzmacniał, brzmiała jeszcze kilka lat. Chciał się dorobić własnego biznesu, zacząć samodzielne życie i wówczas się odciąć od przeszłości. Na razie jednak musiał pozostać marionetką. A może już powoli przestawał nią być? Może tak naprawdę to właśnie to było jego prawdziwe ja?
    - Mhm, jasne, dzięki – wymamrotał pod nosem w odpowiedzi na jej słowa. Doskonale wiedział, gdzie znajduje się aula, jednak nie miał zamiaru tłumaczyć tego dziewczynie. Zanim jednak zdążył ją wyminąć, zza rogu wyszedł Trace i Dan, jego dwaj najlepsi kumple.
    - Pierwszy dzień i już znalazłeś sobie dziewczynę Chevres? – zaśmiał się blondyn, spoglądając lekceważąco na Maisie. Oboje zlustrowali ją ciętym spojrzeniem, które mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa. Landon wywrócił jedynie oczami, jak gdyby nie miał im nic więcej do powiedzenia.
    - Nie bądź taki zazdrosny Dan, tobie też kogoś znajdziemy – rzucił tylko. Odpowiedział mu gromki śmiech, przesycony pogardą. Cała trójka wiedziała, że Maisie to zdecydowanie nie jest typ dziewczyny, z którą by się spotykali. Takie jak one nie miały wręcz prawa zbliżać się do takich jak oni. Oddzielał ich gruby mur, wręcz nie do pokonania. To samo tyczyło się chłopaków z biednych rodzin, którzy za wszelką cenę ubiegali się o względy dziewczyn z bogatych domów. Pieniądze były barierą nie do przeskoczenia.
    - Mam nadzieję, że wszystko jest już przygotowane. Nie zamierzam bawić się w organizatora – powiedział władczym tonem, odsuwając tym samym temat od dziewczyny. Trace machnął jedynie ręką, jak gdyby chciał mu wskazać drogę, a następnie odwrócił się i ruszył przed siebie. Blondyn zrobił to samo, zakładając, iż Landon automatycznie za nimi pójdzie. Ten jednak, zanim minął dziewczynę, zerknął jeszcze na nią przelotnie.
    - Następnym razem nie patrz pod nogi, a przed siebie – mruknął cicho, tak, by tylko ona go usłyszała. Tym razem jednak jego ton zmienił się, był o wiele łagodniejszy. Następnie spojrzał przed siebie i ruszył za swoimi kumplami, ani razu się nie odwracając.

    Landon

    OdpowiedzUsuń
  3. Głośny, zatłoczony pokój, wypełniony dymem i zapachem piwa. Dwie sofy oblegane przez piątkę chłopaków. Butelka schłodzonej wódki na stole, ta z najwyższej półki, której raczej nie widzi się na szkolnych imprezach – raczej na drogich bankietach. Pięć szklanek wypełnionych po brzegi kostkami lodu. Atmosfera wibrująca od śmiechu. Przymrużenie oczu, lekkie zachwianie. Zegar wskazujący czwartą szesnaście nad ranem. Na wpół przytomne cienie zniszczonych alkoholem osób, poruszające się za pomocą podparcia o ścianę lub jakikolwiek mebel. Papieros za papierosem. Zapach zioła powoli ulatniającego się w powietrze. I on, mający zgodzić się na coś, co miało kompletnie zmienić jego życie w ciągu następnych kilku miesięcy. Aczkolwiek na ten moment wydawało się to być zupełnie niewinnym postanowieniem. Niewinnym dla niego i jego paczki oczywiście, bo na pewno nie dla biednej dziewczyny, która miała zostać jego następną ofiarą.
    Klasyczna impreza na rozpoczęcie roku szkolnego. Minął miesiąc od zaczęcia nauki na uniwersytecie i w mniemaniu bogatych dzieciaków należało to odpowiednio uczcić. Z resztą zawsze dało się znaleźć powód do świętowania. A że akurat w ten weekend rodzice Landona musieli lecieć do Londynu z bóg wie jakiego powodu, chłopak postanowił zaprosić wszystkich do siebie. Wszystkich – czytaj elitę Dublin City University. Ta impreza nie różniła się niczym innym od poprzednich – litry alkoholu, kokaina na złotych kartach bankomatowych, zwinięte skręty walające się po stole. Głośny house dobiegający z olbrzymich głośników, dziewczyny w sukienkach i bluzkach, które więcej odkrywały niż zakrywały. Standard. Do czasu.
    - Stary – zaczął Tony, którego oczu praktycznie nie było widać. Niemal zamknięte powieki i zaczerwienione białka świadczyły o spożyciu całkiem sporych ilości dobrej jakości zioła.
    - Mówie ci… Ta Katie, jak jej tam… Ta, co jest z sierocińca czy skądś tam. Mówie ci, stary. Pod tymi wielgachnymi swetrami skrywa wielgachne cycki – wydukał, kończąc swoją wypowiedź śmiechem. Bełkot Tony’ego zaowocował w żywej rozmowie na temat tego, która z dziewczyn z biednych rodzin skrywa najlepsze ciało pod ohydnymi ciuchami. Kilka shotów i niecałą godzinę później, piątka chłopaków miała przygotowaną całą listę. Landon, który z pewnością nie powinien był wciągnąć kolejnej linii kokainy, spojrzał krzywo na świstek papieru.
    - Maisie Fitzgerald… pierw… trzecie? miejsce. Założę się, że wcale nie jest taka niewinna. Pod tymi długimi kiecami skrywa się wejście do raju, mówię wam – wymamrotał, posyłając chłopakom łobuzerski uśmiech.
    - Chevres, skąd taka pewność?
    - Przeczucie.
    - Planujesz się przekonać?

    Trzy minuty później decyzja została podjęta. Miał dwa miesiące na przespanie się z Maisie Fitzgerald. Zapowiadał się interesujący rok.

    OdpowiedzUsuń