now that I've seen the world through your eyes, I'm brighter than ever before
To dość zabawne, gdy ludzie mówią, iż nie można kochać za bardzo. Jak bardzo smutna musi być ich codzienność, jak bardzo prymitywne ich myślenie, a jak żałosna śmierć, w momencie której nareszcie zdadzą sobie sprawę z tego, że zmarnowali swoje życie. Jaki ma sens egzystencja w świecie, w którym serce nie pęka ci na samą myśl o tym, że druga osoba może cię na zawsze opuścić. Życie bez kochania jest pustką, jest trwaniem w zamkniętej klatce, jest imitacją, żartem, a właściwie jednym wielkim kłamstwem. Należy kochać. Kochać za bardzo, nie tylko po trochu. Kochać delikatność skóry, jak i krzywiznę zęba; adorować słodkie szepty i pełne agresji krzyki. Przede wszystkim jednak nie dopuścić do tego, by ogień w duszy zamienił się w słaby płomyk, bądź tylko popiół. Schwytać miłość niczym dzikie zwierzę i ukryć głęboko, by nikt nie mógł jej skraść.
Kochał za bardzo.
A może wciąż
k o c h a ?
Ivar Ragnvaldsson
trzy lata do czterdziestki
właściciel The Half Moon, pubu znajdującego się przy rzece Fyris
posiadacz czarnego owczarka alzackiego o imieniu Fenrir
posiadacz czarnego owczarka alzackiego o imieniu Fenrir
[JUŻ GO UWIELBIAM! <3]
OdpowiedzUsuńCiri
Styczeń miał w sobie surowość, ale i piękno. Surowość w temperaturze i bezlitosnym wietrze, chłostającym po twarzach, a piękno w skrzących się w słońcu warstwach śniegu. Zima była tą porą roku, którą lepiej obserwować zza szyby, dlatego Ciri czuła się komfortowo, gdy siedziała na parapecie w swoim pokoju, otulona mięciutkim kocem. Chociaż urodziła się pod koniec stycznia, była przewrażliwiona na punkcie zimna i nawet w lecie potrafiła ubierać grube swetry. Jej zawsze zimne dłonie nie ocieplały rękawiczki, a lodowatym stopom nie pomagały dwie pary skarpet, dlatego jeśli nie musiała wychodzić na zewnątrz, zostawała w domu. Tego dnia śnieg zdawał się zasypywać cały świat i jakby nie zamierzał nigdy przestać. Każdy płatek miał inny kształt, nie istniały dwa takie same, co było jedną z bardziej niezwykłych rzeczy, o jakiej dowiedziała się kiedyś w szkole. To niemal tak samo jak z ludźmi, pomyślała wtedy. Choć składamy się z tego samego, każdy z nas jest zupełnie inny.
OdpowiedzUsuńObserwując zimową zawieruchę z nosem przyklejonym do szyby, Ciri niemal zapomniała, że ten dzień mógłby należeć do całkiem udanych, gdyby nie jego data. Co roku przeżywała to samo upokorzenie, kiedy ojciec organizował przyjęcie urodzinowe na jej cześć i zapraszał ludzi, których nawet nie znała, a którzy wypytywali o to, co chce robić jak dorośnie, czy chciałaby przejąć biznes ojca i jakie ma oceny. Tym razem było to jednak o tyle gorsze, że kończyła osiemnaście lat, wkraczała w pełnoletność, a zamiast zwykłej imprezy, ojciec postanowił urządzić przyjęcie z pompą. W domu od rana kręciły się sprzątaczki, kucharz przyrządzał potrawy, a organizatorka całej imprezy zajmowała się dekoracją wnętrz. Ciri wolałaby przespać te dwadzieścia cztery godziny albo obejrzeć The Walking Dead, ale podniesione głosy w domu skutecznie przypominały jej, że może o tym zapomnieć.
Nie miała najmniejszej ochoty na odgrywanie tego samego teatrzyku, co rok temu. Była już na tyle rozumną dziewczyną, że zamiast radości wkraczania w kolejny etap życia, przepełniało ją poczucie bycie pewnego rodzaju trofeum czy nagrodą, którą ojciec może pochwalić się przed kumplami. Stała wśród nich i grzecznie potakiwała, wysłuchując jakichś zawodowych dyrdymałów, rozmów o polityce i zarobkach, porad dotyczących życiowej drogi, jaką powinna obrać. Myśl o tym, że ten wieczór skończy się na jednej lampce wina i suchych żartach pana Carlssona, znajomego ojca z firmy, dobijało Ciri najbardziej. Nikt nie zapytał jej samej, na co miałaby chęć w dniu swoich urodzin, czy nie wolałaby spędzić go w innym miejscu, z innymi ludźmi, upijając się po raz pierwszy w życiu i krztusząc się pierwszym wypalonym papierosem, w barze, w którym nikt nie wie, że jest córką t e g o Lindholma.
Odgłosy z parteru dały Ciri znać, że dom zapełnia się gośćmi. Zeskoczyła z parapetu i rzuciła spojrzeniem w duże lustro koło szafy, które pokazało ten sam obraz, co zazwyczaj. Zmieniały się tylko ubrania i wyraz jej twarzy. W bordowej, welurowej sukience przed kolano nie była już dziewczynką, a młodą kobietą z wyraźnie widocznymi krągłościami. Chociaż bardziej pasowałyby jej buty na obcasie, wybrała conversy, bo były wygodne i nie sprawiała w nich wrażenia, jakby zaraz miała się przewrócić. Kobiecość ciała kontrastowała z dziecinną twarzą o krągłych policzkach, małym nosie i pełnych ustach, zazwyczaj rozchylonych w dziwnej minie pod tytułem „co ja tutaj robię?”. Włosy w typowym dla siebie nieładzie przerzuciła na plecy, choć wiedziała, że lada moment i tak opadną na ramiona.
UsuńZeskakując ze schodów, dotarła do niej woń pieczonego mięsa i czegoś słodkiego, co mogło być ciastem czekoladowym albo muffinkami. Przywitała się z pierwszymi gośćmi, których napotkała na dole: małżeństwem Erikssonów z dwójką kilkuletnich dzieci. Wysłuchała typowych życzeń, które sklecili na poczekaniu, pewnie co roku odbębniali te same zdania. Zdrowia, szczęścia, pomyślności, spełnienia marzeń. To ostatnie zawsze przyprawiało Ciri o ironiczny śmiech. Jakby ktokolwiek liczył się z jej marzeniami. Wszyscy byli tu dla niego, a nie po to, by świętować kolejny rok życia dziewczyny, o której nawet nie wiedzieli, że gardzi nimi, srebrną zastawą, kryształowym żyrandolem i światem bez uczuć, wypełnionym wyłącznie pieniędzmi.
Oprócz znajomych ojca, zaproszona została także ich nieliczna rodzina, a raczej tylko ci bliscy, noszący ich nazwisko. Rodzina matki od dziesięciu lat nie przekroczyła progu tej ogromnej rezydencji, choć Ciri nie znała faktycznego powodu prócz jednego: Ernst Lindholm nie należał do osób, przy których chce się przebywać dłużej, niż to konieczne. Jeśli miało się wyjście, lepiej było trzymać się z daleka. Ona niestety nie miała wyboru.
— Ciri — szorstki głos ojca przywołał ją do siebie z drugiego końca salonu. Stał kilka metrów dalej, otoczony ludźmi i ich rozmowami. Trzymał w ręku kieliszek, a w drugiej cygaro, którego dymu tak nie znosiła. Przybrała na twarz najbardziej neutralny wyraz, jaki potrafiła. Miała być miłą dziewczyną. Dobrą dziewczyną. Grzeczną dziewczyną. — Chodź, Ciri, poznasz kogoś.
Ciri
Pozorowane relacje były na takich przyjęciach na porządku dziennym. Mężowie udawali dżentelmenów, dbających o żony i idealnych tatusiów, którzy wcale nie patrzą na biusty sekretarek w obcisłych koszulach, z przypadkowo odpiętym guzikiem u góry. Żony z kolei udawały, że są zadowolone z wszystkiego, co posiadają: dom, ogród, dwoje dzieci, dobrze zarabiający partner to przecież fundament dobrego życia. Odzywali się do siebie w sposób sztywny i bez emocji, unikali podnoszenia głosu i kłótni w towarzystwie, bo świadczyły o braku wychowania. Poza tym wszelkie konflikty należało zatrzymywać w czterech ścianach własnego mieszkania. Ciri wystarczająco dużo się już napatrzyła, by wiedzieć, że ta rudowłosa kobieta po prawej nie cierpi własnego męża i za jego plecami, przy ploteczkach z przyjaciółką potrafi nazwać go „skończonym złamasem”. Jeszcze zanim pojęła, co oznaczają te słowa, rozumiała, że każdy człowiek ma kilka twarzy, w zależności od osób, z którymi rozmawia.
OdpowiedzUsuńWystarczało samo przebywanie z ojcem. Jego słowa czasem spływały lukrem, ale częściej raniły dogłębnie, wycelowane z precyzją i ze świadomością celu. W towarzystwie chwalił się jedyną córeczką, pamiątką po prawdziwej miłości do Anniki, ale nikt nie wiedział, co było, gdy goście wychodzili, a drzwi zostawały w końcu zamknięte. Ernst, patrząc na córkę, zawsze widział tylko niedoskonałość. Za wszelką cenę starał się ją zmienić, sprawić, by zaczęła się do czegokolwiek nadawać, ale Ciri nie została wykonana z plastycznej gliny. Była z kamienia, który dawał się formować jedynie przez odłupanie. Dlatego łupał, głęboko i boleśnie. Ale zamiast tworzyć coś nowego, usuwał tylko wcześniejsze warstwy, zostawiał coraz mniej. Oceny zawsze mogły być lepsze, zachowanie bardziej posłuszne, a jej ambicje wyższe. Chciał, żeby była najlepszą z najlepszych, tak jak sam do tego dążył dla siebie, przez wiele lat.
Po śmierci matki Ciri potrzebowała ogromnej dawki miłości, kogoś, w kogo będzie mogła się wtulić i wypłakać w rękaw. Naturalnym wyborem był drugi rodzic, jedyny, jaki jej pozostał. Ale Ernst odsunął się od kilkuletniej córki na możliwie jak najdalszą odległość, zatrudniając nianię. Miała za zadanie odrabiać z nią lekcje, utulać do snu, podawać posiłki i dbać o to, by Ciri nie przeszkadzała mu w pracy. Jako mała dziewczynka nie zaznała ojcowskiego ciepła, jako nastolatka mogła pomarzyć o trosce i wspólnym spędzaniu czasu. Potrzebowała przewodnika, gdy błądziła, potrzebowała rozmówcy, gdy nie radziła sobie z problemami. Jej początkową reakcją na zachowanie ojca był smutek, potem bunt. I z każdym rokiem wyrażała go coraz bardziej stanowczo.
Powrót Ivara był zaskakujący, ale równocześnie wprawił Ernsta w dobry nastrój, szczególnie że wiedział, iż staremu przyjacielowi zaczęło się powodzić. Otoczenie zamożnych, wpływowych ludzi zawsze było dla Ernsta komfortowe. Wtedy sam był jakby ciut wyżej, na lepszej pozycji. Nikt nie chce otaczać się miernotą. I choć łączyły ich trudne wspomnienia, dziesięć lat ostatecznie zamazało wszelkie niedomówienia i domysły. Przeszłość była martwa, a Ivar w niczym mu już nie zagrażał. Ernst zamierzał przedstawić mu Ciri jako kolejny dowód na to, że niektórzy wygrywają już na starcie. W ich przypadku od czasów szkolnych tylko jeden był zwycięzcą. I chociaż rywalizacja dawno się wypaliła, Ernst z satysfakcją zauważył, że kiedy córka pojawiła się w zasięgu wzroku, blondynowi zaparło dech w piersi.
Ciri natomiast nie zauważyła nic poza tym, że nieznajomy ubrał się inaczej, niż wszyscy inni mężowie, tatusiowie i panowie ważniacy. Choć był w ich wieku, miał coś odmiennego w sposobie wypowiadania się i zachowania. Dżinsy i skórzana kurtka nadawały mu swobodnego wyglądu, ale w środku był pewnie tak samo zepsuty, jak oni. Zbyt wielu swoich znajomych przedstawiał jej ojciec, by miała zwrócić większą uwagę na kolejnego. Skwitowała jego żart, całkiem nawet zabawny, uśmiechem. Jako jedyny zauważył, że nie ma tu nikogo z jej rówieśników, że te imprezy nie są prezentem, a bardziej karą.
— Gdyby przebywanie wśród ludzi pańskiej kategorii wiekowej postarzało, pewnie od dawna przewracałabym się w grobie — dorzuciła. Choć nie mogła się sprzeciwić przyjęciom i nadętej otoczce, mogła w inny sposób pokazać, co sądzi o ojcu. Balony, wysoki tort z olbrzymią ilością kremu i ozdób, serpentyny i wielki napis „wszystkiego najlepszego, Ciri!” przed wejściem do salonu były tylko przykrywką. Złudzeniem. Kłamstwem dobrego tatusia, którym Ernst nigdy nie był. Potrafił nabierać ludzi, kiedyś nabierał także Ciri. Ale nie była już małą dziewczynką, wierzącą w jednorożce i miłość.
UsuńErnst posłał w jej stronę ostre spojrzenie, maskując irytację dowcipem:
— Kochanie, pomyśl czasem, zanim coś powiesz. Gdyby za głupotę płacono, pewnie byłabyś bogata.
— Mówisz to z własnego doświadczenia, jak rozumiem? — Uniosła brew do góry.
— Człowiek się stara jak może, a dzieci i tak tego nie docenią — stwierdził żartobliwie Ernst w stronę Ivara, dopijając zawartość swojego kieliszka. Klepnął go lekko w ramię. — Ciesz się, że nie masz swoich, pewnie już byś przedwcześnie osiwiał, tak jak ja. — Wskazał na swoją czuprynę, kiedyś ciemną, teraz coraz bardziej poprzetykaną białymi pasemkami. Trzydzieści siedem lat pełnych negatywnych emocji odcisnęło na Ernście dość wyraźne piętno. — Ciri, o ile jeszcze nie zapomniałaś o dobrych manierach, wypadałoby zapoznać się z naszym gościem, który dopiero co wrócił do Uppsali z długiej podróży. To Ivar Ragnvaldsson, mój przyjaciel ze szkolnych lat. Na szczęście nasze drogi znowu się zeszły, z czego ogromnie się cieszę. — Uśmiechnął się do mężczyzny. — A to moja najdroższa i jedyna córka, Ciri. Wybacz jej cięty język, najwidoczniej po matce odziedziczyła tylko powierzchowność.
Ojciec jak zwykle mówił za nią, ale Ciri pominęła to milczeniem. Dygnęła z przesadną uprzejmością, rozkładając sukienkę jak średniowieczna dama. Brakowało tylko uroczystej muzyki granej na trąbce przez jakiegoś giermka. Dzieliła ich duża różnica wzrostu, dlatego zadarła głowę, by spojrzeć mężczyźnie w oczy. Uderzyła ją ich jasność, nigdy nie widziała aż tak wyrazistej szarości. Podała mu swoją dłoń, oczekując, że ją uściśnie i będą mieli to wszystko z głowy.
— Ciri.
Ciri
Większość gości w rezydencji Lidholmów nie wiedziało nawet, jak Ciri ma na drugie imię, ale do oceniania byli pierwsi. Nieraz słyszała za plecami osądy, że jest rozpieszczoną do granic możliwości księżniczką, której usługują inni ludzie, a ona sama nie potrafi nawet zrobić sobie herbaty. Wiedziała o plotkach, stawiających ją w świetle wiecznie niezadowolonej, zbuntowanej nastolatki, niedoceniającej tego, co robi dla niej ojciec. Ernst organizował z jej okazji przyjęcia, sprawiał drogie prezenty, planował świetlaną przyszłość, a ona? Niewdzięcznica, nawet nie starała się udawać zadowolonej, chodziła z wiecznie zadartym do góry nosem. Nie ruszało Ciri to, co mówią — pojawiali się w zasięgu wzroku raz na jakiś czas, byli nieszkodliwi, a ich zdanie miało dla dziewczyny takie znaczenie, jak przedwczorajsze śniadanie. Łatwo oceniać kogoś z góry, nie mając pojęcia, kim jest ta osoba, jaką miała przeszłość, co w sobie nosi, jaki ma charakter. Prosto jest przylepić jakąś łatkę, obgadywać ze znajomymi i puszczać błędne wyobrażenie w obieg. Najbardziej bezlitosne były kobiety, których zajadłość przekraczała granice zwykłej chęci poplotkowania. Traktowały Ciri jak zagrożenie, z roku na rok ich mężowie coraz częściej prześlizgiwali spojrzeniami po osiemnastoletnim ciele panny Lindholm, licząc, że nikt nie zauważy. Ale one widziały.
OdpowiedzUsuńZjawianie się na bankietach było jak wchodzenie w stado wygłodniałych lwów. Zewsząd sztuczne uśmiechy i fałszywe życzenia, a kiedy tylko opuszczała pomieszczenie, szeptanie po kątach i pogłoski. Nienawidziła tego zepsutego towarzystwa, jakim otaczał się jej ojciec. Zdawał się nie widzieć, że i o nim samym krążą różniste plotki, przymykał oczy na to, że powody przyjęcia zaproszenia nie należały do szczerych. Nawet rodzina ze strony Ernsta niewiele okazywała czułości czy żywych uczuć. Jakby zostali zaprogramowani przez ten sam system. Uściśnij rękę, pogratuluj, uśmiechnij się, wyraź żal. Babcia Greta była specyficzną osobą, traktowała wnuczkę w sposób równie szorstki, co jej syn, ale uwielbiała udzielać życiowych rad. Pachniała lawendą i w rzadkich chwilach, gdy przytulała Ciri, dziewczynie przychodziło na myśl, że pewnie tak pachnie surowość, obleczona w warstwę lukru, jakim był jej fioletowy kostium, różowa szminka na wargach i równo pomalowane paznokcie. Nawet niepochlebne opinie wyrażała tak przesłodzonym głosem, że Ciri często zastanawiała się, jak zabawnie musi brzmieć krzyk Grety.
Stojący przed nią Ivar Ragnvaldsson był chyba jedyną osobą, jaką poznała, która nie bała się użyć słowa „bufon” w kontekście gości Ernsta. Być może wygląd odzwierciedlał to, co mężczyzna miał w środku. Być może nie należał do grupy sztywniaków, z którymi nie można porozmawiać o niczym innym, tylko o finansach, giełdzie i podatkach. Jednak kiedy tak studiował ją wzrokiem, wpadała w coraz większe zakłopotanie. Nie patrzył na nią jak na obiekt pożądania ani jak na dziecko. Nie miała oczywiście pojęcia, że może podziwiać jej oczy z czystym zachwytem. Była zawstydzona tym, że dojrzały mężczyzna tak przyszpila ją swoim wzrokiem, ale odpowiadała tym samym, nie opuszczając spojrzenia w dół. Gdy poczuła na wierzchu dłoni miękkość ust, mogła przysiąc, że na krótką chwilę brakuje jej oddechu. Po raz pierwszy ktoś złożył na jej dłoni pocałunek, a Ciri nie umiała zareagować inaczej, niż czerwienią, wpełzającą na policzki. To była dziwna chwila.
— Dziękuję — powiedziała cicho, ale nie zdążyła dodać nic więcej, bo ojciec odstawił kieliszek oraz cygaro, po czym gdzieś się ulotnił, a wokół nagle zgasły wszystkie światła. Kiedy odwróciła się w stronę wejścia, zobaczyła, że trzyma w rękach wielki tort z wbitymi w niego świeczkami, a obok niego jacyś obcy ludzie zaczynają śpiewać „sto lat” i grać na skrzypcach. Chciała zapaść się pod ziemię. Schowała twarz we włosach, dzielnie próbując wytrwać do końca piosenki. Niektórzy goście dołączyli się do śpiewania, inni tylko stali i na nią patrzyli, uśmiechając się.
— Kochanie, pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki! — Ojciec był mistrzem we wprawianiu Ciri w zażenowanie. Jedynym, o czym mogła wtedy myśleć to: „chcę być wolna”. Zdmuchnęła pospiesznie wszystkie płomyki, a wokół otoczyły ją odgłosy oklasków i pełno ramion, chcących uściskać jubilatkę. — Nie wierzę, że jesteś już dorosła. Czas tak szybko pędzi. Za niedługo mój ptaszek wyfrunie z domu w wielki świat, co? — Ernst ucałował ją w czubek głowy, a potem wręczył czek na jakąś zawrotną sumę pieniędzy, której Ciri nie doczytała. — A to prezent, finansujący twoje studia medyczne, na które mam nadzieję, wkrótce pójdziesz. Wszystkiego najlepszego, córeczko.
UsuńStudia medyczne... Ciri odebrało mowę. Stała tam, trzymała w rękach czek i uśmiechała się sztucznie, prawie dostawała szczękościsku. Następne pół godziny upłynęło na podziękowaniach za wszystkie prezenty, które w większości były po prostu pieniędzmi i dodatkiem w postaci bombonierek, kwiatów i kartek z życzeniami. Jak mogła dostać cokolwiek innego, skoro ci ludzie nawet nie wiedzieli, że uwielbiała czytać szwedzkie kryminały, słuchać Radiohead oraz oglądać francuskie filmy? Nawet ojciec nie wysilił się na nic innego ponad fundusze, przeznaczone na cel, którego nie chciała. Nie zapytał jej o zdanie, wyznaczył przyszłość, choć Ciri nieraz wspominała, że nie zamierza zostawać lekarzem. Miała uwierzyć, że się liczyła? Wolne żarty. Nie liczyło się dla Ernsta Lindholma nic poza nim samym.
Gdzieś w połowie imprezy uciekła na zewnątrz, do ogrodu, tonącego w śniegu. W jasnym płaszczyku niemal tonęła we wszechobecnej bieli. Muzyka, dochodząca ze środka, głosy gości, jakby jej nie dotyczyły. Usiadła na swojej ulubionej ławeczce pod jednym z zasypanych śniegiem drzew, wciskając dłonie w kieszenie. Nie wzięła czapki ani rękawiczek, nie myślała o tym, że zaraz od mrozu zaczną jej drętwieć palce. Wpatrzona w rozgwieżdżone niebo, pragnęła przenieść się do innego świata. Świata, w którym mogłaby być tym, kim zechce. W którym pieniądze nie rządziłyby ludźmi. W którym nikt nie oceniałby jej z powodu pochodzenia. W którym mogłaby zrobić sobie tatuaż, przekłuć pępek i słuchać rocka na cały regulator. Nagle wstała i zaczęła się kręcić w rytm granej piosenki z zamkniętymi oczami, wirując na śniegu jak tancerka w szklanej kuli, na którą, gdy się potrząśnie, zaczynają spadać sztuczne płatki. Była we własnej rzeczywistości. Mimo grubej warstwy ubrania, poruszała się płynnie, jakby z kimś tańczyła. Pochłonięta myślami, nawet nie zauważyła, że od jakiegoś czasu ma obserwatora, który zaczyna zbliżać się ku niej.
Ciri
Od urodzinowej imprezy i rozmowy w ogrodzie z tajemniczym gościem, minął miesiąc. I choć można powiedzieć, że właściwie poza niezwykłym prezentem, jaki jej ofiarował, nie wydarzyło się nic szczególnego, nie do końca było to prawdą. Pan Ragnvaldsson z nieznajomego stał się Ivarem, który mimo swojego dojrzałego wieku, potrafił rozmawiać z Ciri z taką swobodą i naturalnością, jak żaden znany jej nastolatek. Kiedy w styczniowej zawierusze otworzyła się na wyznania przed obcym mężczyzną, a z ust dziewczyny popłynął potok szczerych słów, połączyło tych dwoje coś na kształt cichego porozumienia. Wyglądali obok siebie jak ojciec z córką, ale wiek przestawał być przeszkodą, kiedy Ciri po raz pierwszy doznała czegoś, co zdawało się zrozumieniem. Ivar nie patrzył na nią z góry, jak inni dorośli ani nie oceniał, nie przerywał i nie wymądrzał się. Pozwalał jej mówić, słuchał z uwagą, a potem nieskrępowanie wyrażał własne zdanie. To było takie dziwne – ojciec nie wiedział, że Ciri wcale nie chce iść na medycynę, a wystarczyło pół godziny rozmowy, by Ivar wyczytał to z niej jak z otwartej księgi. Propozycja pracy w jego pubie wyszła spontanicznie. W The Half Moon brakowało barmanki, a mało komu odpowiadały tak późne godziny pracy. Chociaż Ciri nigdy nie pracowała, a rano musiała chodzić do szkoły, zrobienie czegoś na przekór ojcu i w tajemnicy przed nim, wydawało się kuszącą opcją. Nie miała doświadczenia w pracy za barem, ale Ivar obiecał tydzień przeszkolenia pod własnym okiem, a także bezpieczne odwożenie do domu. Uliczki Uppsali nocą mogły nie być bezpieczne dla młodej, atrakcyjnej dziewczyny, a Ivar miał w sobie duże pokłady opiekuńczości, które z tygodnia na tydzień odkrywał przed panną Lindholm coraz bardziej.
OdpowiedzUsuńKuszące zdawało się także zarabianie pieniędzy, które będą tylko jej i do których ojciec nie będzie miał wglądu. Nie myślała o wydawaniu ich na kosmetyki czy ubrania, wbrew opiniom, jakie o Ciri krążyły, nie była wcale próżna. Nie chodziła do kosmetyczki, nie przesadzała z makijażem, a ubrania kupowała bardzo rzadko. Chciała wyjechać z miasta i zacząć nowe życie gdzieś indziej, zaraz po ukończeniu szkoły. Opłacona przez ojca medycyna wcale nie musiała być jedyną opcją. Ciri żyła nadzieją, że zebrane pieniądze pozwolą na wynajęcie pokoju, zaczęcie jakichś interesujących ją studiów i w miarę godny byt. Nie dzieliła się tym planem z nikim, nawet z Ivarem. Miała te sfery w głowie, do których nie dopuszczała żadnego człowieka, one były tylko jej. Mimo wszystko Ivar przyjaźnił się z jej ojcem i gdyby raz przy wieczornym piciu whisky powiedział o jedno słowo za dużo...
Co drugi wieczór wymykała się z domu, pracując na dwie zmiany, choć przez pierwszy tydzień szło jej to średnio. Nie miała wcześniej styczności z pubami, nie wiedziała jak przyrządzać drinki i nawet przy laniu piwa musiała dookoła porozlewać. Rozmowy z klientami to jedyne, co szło jej dobrze – była wygadana i umiała zająć samotnych miłą rozmową, często żartowała, a kiedy trzeba było, umiała zamienić się w psychologa. Ivar sprawował nad nią pieczę, poświęcając więcej uwagi niż reszcie pracownikom. Cierpliwie uczył ją składów mohito, pinacolady, tequili sunrise i sex on the beach. Ciri nie sądziła, że robienie drinków to swoista sztuka, która nie wychodzi od razu, przy pierwszym podejściu. Jednak po miesiącu jej drinki były już całkiem niezłe, jak mówił sam właściciel The Half Moon. Zresztą, w tej pracy nie chodziło tylko o dobry alkohol, ale o sympatyczne nastawienie do ludzi i umiejętność przyciągnięcia klienta, by na jednym drinku się nie skończyło. Pub miał wyjątkowy klimat, a dzięki położeniu przy rzece, ściągał mnóstwo przejezdnych, jak i stałych bywalców.
UsuńOkoło dwudziestej trzeciej stoliki i miejsca przy barze były już niemal w całości zajęte. Ciri uwijała się między nimi z kuflami w ręku, powoli nabierając gracji. Tego wieczora lało jak z cebra, deszcz obijał się o szyby jakby z wściekłością, a wiatr świszczał z przestrogą. W połowie zmiany dziewczyna zauważyła, że pogoda wcale się nie polepsza, a pogarsza, drzewa uginały się od wiatru, a kałuże zaczęły zmieniać w małe rzeczki. Deszcz zamienił się w ogromną burzę, pioruny sypały się z nieba co parę minut, a grzmoty brzmiały tak głośno, jakby miały zaraz zniszczyć cały świat. Około północy wysiadł prąd i wraz z Ivarem zmuszeni byli zamknąć lokal. Zapalili świece, ustawiając je w różnych miejscach. Ciri posprzątała wszystko ze stolików, a potem usiadła na drewnianej podłodze, patrząc z powątpiewaniem na okna ociekające strugami deszczu.
— Chyba nieprędko wrócę do domu — mruknęła do stojącego niedaleko Ivara. Gdyby była tutaj sama, w tak piekielnie niesprzyjających warunkach i ciemności, bałaby się. Za dużo widziała horrorów, by dźwięki na dworze nie napawały lękiem. Ale nawet przy obecności wysokiego, krzepkiego mężczyzny, miała na rękach gęsią skórkę. A może właśnie dlatego. Nigdy nie zostawała z nim sam na sam. Miesiąc znajomości to jednak niewiele, żeby komuś zaufać, a już na pewno niewystarczająco, by wiedzieć, czego można się po nim spodziewać w danej sytuacji. Zsunęła z obolałych stóp buty, a z włosów gumkę. Gęste blond włosy rozsypały się po drobnych ramionach i plecach, opadając na jedną stronę twarzy. — Jak myślisz, ile potrwa ta ulewa stulecia? — spytała naiwnie, choć oboje wiedzieli na pewno, że może trwać nawet do rana. Zostali wspólnie uwięzieni w czterech ścianach, a w takiej nocy jak ta, mogło wydarzyć się wszystko.
Ciri